O różnych kierunkach kariery w jednej firmie, opowiadają wieloletni pracownicy Piekarni Cukierni Putka Hanna Szymanek oraz jej syn Marcin Szymanek.
W sierpniu przyszłego roku minie 40 lat od kiedy rozpoczęła Pani pracę w rodzinnej piekarni. Jak wspomina Pani swoje początki w Putce?
Hanna Szymanek: To była moja pierwsza praca, którą podjęłam zaraz po ukończeniu Technikum Przemysłu Spożywczego na kierunku Technologia Piekarstwa. Zatrudniła mnie nestorka rodziny, szefowa Janina Putka. Swoją przygodę rozpoczęłam na produkcji zakładu przy ul. Tarnowieckiej, bo tam mieściła się wówczas siedziba firmy. Pamiętam, że na zmianie pracowało może 5 osób. Asortyment nie był zbyt duży, piekliśmy chleby zwykłe, razowe, bułki wrocławskie, chałki i kajzerki. Wszystko przygotowywaliśmy ręcznie, bo zaplecze maszynowe nie przypominało, tego które jest obecnie. Lubiłam patrzeć jak z kęsa ciasta powstaje rumiana, pulchna bułeczka czy warkocz zdobiący chałkę. Po paru latach pracy blat piekarski zamieniłam na ladę sklepową. Szefostwo zadecydowało, że zajmę się sklepem przy piekarni, w którym pracuję do dziś. Na początku był to nieduży punkt, ale mimo ograniczonego asortymentu mieliśmy duży ruch. W okresie świąt ustawiały się długie kolejki w oczekiwaniu na ciepłe pieczywo. Zawsze starałam się stworzyć miłą atmosferę i to zaprocentowało w relacjach z Klientami. Z wieloma z nich znam się od ponad 35 lat. Pamiętam dzieci przychodzące z rodzicami, które teraz odwiedzają nas z własnymi, już prawie dorosłymi pociechami.
Marcin również należysz do dzieci, które odwiedzały piekarnię. Przychodziłeś do mamy i zostałeś na dłużej. Jak potoczyła się Twoja kariera?
Marcin Szymanek: Miałem 15 lub 16 lat i szukałem dorywczej pracy na wakacje. Szefostwo firmy znałem od dziecka, więc nie było problemów i przyjęli mnie w charakterze przynieś, wynieś, pozamiataj do piekarni przy ul. Krymskiej. Stopniowo robiłem coraz więcej rzeczy i trafiłem na nocną spedycję pod skrzydła mojego obecnego pracownika Piotra Kamińskiego, który teraz jest kierowcą. Na studiach zaocznych postanowiłem podjąć stałą pracę i w 2009 roku dołączyłem do zespołu Tarnowieckiej. W wieku 19 lat widziałem siebie jako przedstawiciela handlowego. Od szefostwa jednak usłyszałem, że jestem za młody i muszę więcej dowiedzieć się o życiu, pracy w piekarni, nabrać doświadczenia. W nadziei, że po szczebelkach kariery dotrę do wymarzonego stanowiska, zostałem pomocnikiem piekarza. Długo w jednym miejscu jednak nie popracowałem, wędrowałem między naszymi zakładami. Byłem wszędzie tam, gdzie akurat brakowało ludzi. W niedługim czasie zostałem spedytorem, ale to jednak mnie nie zadowoliło i zacząłem płakać, marudzić, że chcę być kierowcą. Moja ówczesna szefowa, dziś dyrektor cukierni w Wesołej, Joanna Dziedzic wstawiła się za mną i zostałem tzw. skoczkiem – kierowcą bez własnej trasy. Pod nieobecność innych kierowców, jeździłem w ich zastępstwie. Po ok. 2 latach przypomniałem sobie o moim marzeniu i udało mi się wywalczyć awans, dołączyłem do grona handlowców. Moja kariera na tym stanowisku nie trwała długo, po 6 miesiącach objąłem funkcję zastępcy kierownika piekarni na Tarnowieckiej. Miałem wtedy 23 lata i byłem naprawdę wielozadaniowy, piekarnię znałem od przysłowiowej podszewki. Później w firmie nastały ogromne zmiany, dynamiczny rozwój i związana z tym budowa nowej siedziby w Jawczycach. Byłem jedną z pierwszych osób, które do niej przeniesiono. W Jawczycach zostałem awansowany na specjalistę Działu Transportu i Logistyki, później zostałem kierownikiem.
Marcin Szymanek wczoraj…
Od niedawna objąłeś stanowisko zastępcy dyrektora tego działu. Co będzie następne?
M.Sz.: W grę wchodzi funkcja dyrektora, tylko nie wiem co na to Marcin Twardowski.
Marcin to niespokojny duch, a czy Pani nie kusiła zmiana?
H.Sz.: Lubię pracować z Klientami, przywiązuję się do nich. Jest mi tu dobrze. Firma stale się rozwija, a my wraz z nią. Dzięki ciągłym inwestycjom piekarnie zostały zmodernizowane, wyposażone w nowoczesny sprzęt. Teraz niektóre bułeczki, przekąski i drożdżówki pieczemy na miejscu. Musiałam przypomnieć sobie proces garowania, wróciły wspomnienia. Zmieniają się również standardy obsługi Klientów. Do zakupów proponujemy aromatyczną kawę, informujemy o ciekawych promocjach, zapraszamy do skosztowania pysznego ciastka przy stoliku, na miejscu. Uważam, że jeśli człowiek lubi to co robi i podchodzi do swojej pracy poważnie, z szacunkiem, to może w jednym miejscu przepracować wiele lat i nigdy się nie znudzi.
… i dziś
Na czym Waszym zdaniem polega siła rodzinnych firm?
H.Sz.: Filarem piekarni była Pani Janeczka Putka. Zawsze znajdowała czas, żeby chwilę porozmawiać z zespołem, zapytać o problemy, rodzinę. Nigdy nie przeszła obojętnie obok pracownika. Wszyscy czuliśmy respekt przed szefową, ale nie było to podyktowane strachem, tylko ogromnym szacunkiem. Swoim podejściem do pracy i ludzi dawała przykład jak godnie żyć. Taki sposób zarządzania, obok poczucia bezpieczeństwa i stabilności, powoduje przywiązanie do firmy i wpływa na jakość wykonywanej pracy. Kolejne pokolenia, synowie pani Janeczki i obecnie zarządzające firmą wnuki, wyniosły z domu podobne wartości. Dlatego też, mimo upływu lat i w naturalny sposób zachodzących zmian, nadal czujemy się tu jak u siebie.
M.Sz.: Pamiętam czasy, kiedy członkowie rodziny Putków, nasi szefowie ubrani w białe fartuchy, podwijali rękawy i stawali razem z nami do wyrobu pączków, jagodzianek oraz wypieków świątecznych specjałów. To daje poczucie wspólnoty i motywuje do pracy. Rodzinność jednak przede wszystkim pozwala na inwestowanie czasu w pracownika z korzyścią dla obu stron. W najtrudniejszym nastoletnim wieku moi szefowie: Asia Dziedzic, Andrzej Pudzianowski i Stefan Putka potrafili przemówić mi do rozsądku. Dzięki nim teraz jestem w takim, a nie innym miejscu mojej kariery. Obecnie, z korzyścią dla firmy, „wychowuje mnie” dyrektor Działu Transportu i Logistyki Marcin Twardowski. Bardzo cenię sobie jego zdanie nie tylko w kwestiach służbowych.
Jakich wskazówek rodzina Szymanków udzieli młodym ludziom u progu kariery?
H.Sz.: Współpracowników, Klientów trzeba traktować tak, jak samemu by się chciało być potraktowanym. W zespole należy rozmawiać, pomagać sobie i nie rzucać kłód pod nogi. Jeśli takie zachowania będą szły w parze z kulturą osobistą i zaangażowaniem w wykonywane obowiązki, sukces prędzej czy później przyjdzie. Trzeba jedynie pamiętać, że dla każdego może on oznaczać coś zupełnie innego.
M.Sz.: To co dajesz, wróci do ciebie. Ciężka praca, zawsze się opłaca. Jestem tego przykładem.
Rozmawiała Małgorzata Müldner
Od pomocnika do członka zarządu
O dwóch dekadach pracy w Piekarni Cukierni Putka, trudach rzemiosła piekarskiego i inwestycjach w przyszłość opowiada Marcin Puchalski.
Moje doświadczenia pomogły i wciąż pomagają mi w poszukiwaniu nowych pomysłów i tworzeniu rozwiązań przydatnych na produkcji. Zależy mi na takich usprawnieniach, które mogą uczynić pracę choć trochę lżejszą. Mam wielki szacunek do pracowników, za ich codzienny wysiłek, bo dobrze pamiętam kolejne etapy swojej pracy w piekarni – chociażby naukę wyrabiania ciasta. W czasie jednej nocnej zmiany trzeba było przenieść z piwnicy do windy towarowej 4 tony mąki. Poza ciężarem, dodatkowym utrudnieniem była wysokość windy wynosząca 140 cm, co przy moim wzroście 191 cm było nie lada wyzwaniem. Potem te 4 tony musiałem rozładować z windy, a następnie przesypać do dzieży na zakwas. To był naprawdę dobry czas, żeby poczuć trud pracy piekarza.
Pączki i blachy już nie parzą
Po obronie pracy magisterskiej i półrocznym doświadczeniu w pracy zmianowej, zacząłem pracować w biurze i zająłem się wdrożeniem systemów jakości ISO 9001 i HACCP. Dzisiaj są one standardem, wtedy byliśmy pionierami. Byłem młody, tuż po studiach, a jednak szefostwo zaufało mi. Wdrażając systemy jakości musiałem zapoznać się z dotąd nieznanymi mi obszarami funkcjonowania piekarni, jak ekspedycja czy logistyka. Prezes Zbigniew miał zaufanie śmiałość podejmowania trafnych decyzji, choć często wydawały się ryzykowne.
To m.in. jego odwaga zaowocowała rozwojem firmy. W 2003 roku wybudowaliśmy nową pracownię produkcji chleba i zainstalowaliśmy silosy na mąkę – już nie trzeba nosić worków z mąką! Później udało się uruchomić, kupionego z austriackiej piekarni, używanego robota do odkładania blach. Pączki już nie parzą, bo zanim trafią do opakowań stygną na transporterze, a chleby formowe z forem wyrzuca specjalny transporter obrotowy. To tylko niektóre z inwestycji.
Nowoczesna piekarnia, tradycyjne fundamenty
Firma rozwijała się bardzo szybko i wymagała powiększenia przestrzeni produkcyjnej. Doszło do tego, że musieliśmy się rozbudować dwa razy w ciągu jednego roku. Wszystkie inwestycje osobiście nadzorowałem, stąd na jednym z pikników firmowych dostałem od pracowników w ramach żartu koszulkę z napisem „Bob Budowniczy”. To był czas, kiedy częściej niż obracające się dzieże oglądałem pracujące betoniarki. W końcu, przy zaangażowaniu olbrzymich środków i pracy wielu ludzi pod przewodnictwem Grzegorza, syna prezesa Zbyszka, udało się wybudować piekarnię w Juszczynie. Nowoczesna siedziba firmy nie oznacza odejścia od tradycji. Maszyny mają jedynie usprawnić produkcję. Dbałość o tradycyjne technologie wypieku pozostała niezmienna, podobnie jak gotowość do wysłuchania i wspierania pracowników. Myślę, że to jeden z fundamentów i klucz do sukcesów firmy.
O dwóch dekadach pracy w Piekarni Cukierni Putka, trudach rzemiosła piekarskiego i inwestycjach w przyszłość opowiada Marcin Puchalski. Moje doświadczenia...
Pracują razem od blisko trzech dekad, zaczynali od wypieku podstawowych produktów, dziś zajmują kluczowe stanowiska w firmie, zarządzają obszarem produkcji,...